O ślimakach, rogach i pierogach


Ślimak, ślimak, pokaż rogi,
dam ci sera na pierogi!

Ignorujemy Tłusty Czwartek. Dziś lepimy najprawdziwsze, tradycyjne pierogi ruskie! Dlaczego akurat takie? Ano, ser lubię ja, ziemniaki lubi Maciej, a pierogi zdecydowanie lubimy oboje! :-)
Żeby opisać pierożki, przychodzi mi do głowy taka szkolna tabelka: zalety w jednej kolumnie, wady w drugiej. Zalety to smak, zapach, taniocha. Wady? Czasochłonność. Obieranie i gotowanie ziemniaków, wyrabianie i wałkowanie ciasta, wreszcie lepienie - to zabawa dla cierpliwych (albo dla zestresowanych - pierogowe odprężenie gwarantowane!). Ale wymówki się skończyły, trwają ferie, sesje przeminęły, nowy semestr daleko na horyzoncie . . .

Przepis na ok. 30 pierogów ruskich
Ciasto: 
2 , 5 szklanki mąki pszennej
ok. 0 , 5 - 3/4 szklanki ciepłej wody
1 łyżka oleju roślinnego
(ew. 1 jajko)
szczypta sola

Farsz:
6 średnich ziemniaków
200 g twarogu (tłustego lub półtłustego)
3 duże cebule
ok. 0 , 5 szklanki mleka
sól i pieprz do smaku

Przygotowanie:
Ziemniaki obrać i ugotować. Cebule drobno posiekać i podsmażyć (na wolnym ogniu, na sporej ilości oleju). W czasie kiedy ziemniaki będą się gotować, a cebule będą się smażyć, ze wszystkich składników zagnieść ciasto. Rozwałkować (męskie ręce koniecznie potrzebne, ciasto bywa nieposłuszne) i wykrawać (np. szklanką) okrągłe placuszki o średnicy ok. 10 cm. Ugotowane ziemniaki odcedzić, dodać twaróg (najlepiej wmieszać go widelcem), mleko, cebulkę, sól i pieprz. Zagnieść. Gotowy farsz nakładać na ciasto, zlepić brzegi i już, pierożki jak malowane! 
Acha, trochę cebulki można zostawić do posypania ugotowanych pierogów. Ja oczywiście zapomniałam :-)





No cóż, zdjęcia nienajlepsze, bo tak mnie pochłonęło lepienie, że ani się spostrzegłam, a lutowe jasności rozpłynęły się w ciemną noc. Musicie mi uwierzyć na słowo - na ostatnim zdjęciu pierożki aż dymią! 
Enjoy!

A na Walentynki także muffinki! (a właściwie cupcakes, ale się nie rymują)


Jak w tytule. Kardiologiczne święto trwa w najlepsze! I choć możecie mi nie wierzyć, mój dzisiejszy pociąg do marchewkowych cupcakes pozostaje całkowicie bez związku z Walentynkami. Po prostu czas + ochota + mała fanaberia = pieczenie!
Ten przepis wyszperałam na stronie cupcake'owej królowej, Marthy Stewart. Wydziwiańce w stylu brązowego cukru sobie podarowałam. Krem to inspiracja z CzekoKota.


Przepis na 12 cupcakes:
1 , 5 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3/4 łyżeczki soli
0 , 5 łyżeczki sody oczyszczonej
2 łyżeczki cynamonu
2 łyżeczki kakao
0 , 5 szklanki oleju roślinnego
2 jajka
1 szklanka cukru
1 , 5 szklanki drobno startej marchewki

Krem:
100 g serka mascarpone
250 ml śmietany kremówki
2 łyżeczki cukru pudru
kilka kropel aromatu waniliowego

Przygotowanie: bardzo proste. Jajka, olej i cukier miksujemy na gładką masę. W innym naczyniu dokładnie mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sodę oczyszczoną, cynamon i kakao. Do "mokrej" masy powoli dodajemy marchewkę i dokładnie mieszamy. Dodajemy suche składniki, mieszamy do całkowitego połączenia. Pieczemy 25-30 minut w piekarniku nagrzanym na ok. 190 stopni.
Krem - kremówkę ubijamy i dodajemy serek mascarpone, cukier puder i aromat. Miksujemy. Gotowe!


Po raz pierwszy używałam do czegokolwiek serka mascarpone. No i szczerze powiedziawszy, się rozczarowałam nieco! Myślałam, że będzie wyrazisty i w ogóle jakiś taki "specjalny", a tymczasem to taki krem bez żadnego własnego smaku. Może jeśli doda się kakao, albo truskawki będzie lepszy? Jeszcze z pewnością poeksperymentuję :-)




Enjoy!


P.S. Poufna wiadomość od ptaków, które od tygodnia, na przekór mrozom śpiewają aż głowa boli: wiosna już się czai gdzieś niedaleko!

Na przetrwanie sesji i zimy - muffiny!


Wyszperałam i mam. Formę na muffinki, taką jakiej szukałam. I właśnie wtedy, kiedy wreszcie wpadła w moje ręce, koszmarny brak czasu, chęci i inspiracji mnie nawiedził. Widział to kto, takie fanaberie?
Jak na ironię, chęć powróciła dziś. W niedzielę, kiedy w domu są tylko ziemniaki i cebula. Czy to jakaś przeszkoda? Absolutnie. Będą muffiny na słono!
Tak jak nie przeszkadzały mi lodówkowe braki, tak samo nie przejmowałam się moim zupełnym brakiem doświadczenia w tej materii. Nawet niezastąpiona kopalnia przepisów, czyli Internet, na hasło "muffiny na słono" z bezsilnością zaproponował jakieś takie wydziwiańce. "Muffiny z ziemniakami" pominął milczeniem. Cóż, postanowiłam zatem poeksperymentować nieco. Ryzykowne, prawda?
Efekt mnie zadowolił w zupełności. Co prawda wyszły raczej jak pieczone puree niż jak ciasto, ale w smaku - bomba.
No i ciepłe, rumiane, pachnące. Na rozgrzewkę po nartach, zakupach, zajęciach.

A więc przepis na 12 muffinów :
0 , 5 kg ziemniaków
1/4 szklanki mleka
4 jajka
2 łyżki mąki ziemniaczanej
0 , 5 łyżeczki proszku do pieczenia
2 duże cebule
1 kabanos
majeranek
sól
pieprz
i co tam jeszcze chcecie do smaku
trochę sera do posypania

Przygotowanie : ziemniaki obrać i ugotować. W tym czasie pokroić cebulkę i podsmażyć na patelni na małym ogniu, aż się zeszkli. Ugotowane ziemniaki zagnieść z mlekiem na puszyste puree. Dodać jajka, cebulkę, pokrojony kabanos i przyprawy. Ja jeszcze dołożyłam pieczarki, dobra będzie papryka, ser, szpinak . . .
Wszystko razem zmieszać (powinna wyjść taka mało apetyczna maź). Do muffinkowej formy powkładać papilotki, do papilotek nałożyć masy prawie po same brzegi (niewiele wyrośnie, ale wyrośnie).
Piec około 25 minut w rozgrzanym do 190-200 st. piekarniku. Na kilka minut przed wyjęciem, posypać serem (wtedy się nie spali)
Pyszne są z ketchupem :-)








Widzicie tą piękność na zdjęciu? I nie chodzi mi tu o muffina (wszak to on, ten muffin), a o orchideę, której niestraszne są mrozy i śniegi, kwitnie sobie w kuchni jak gdyby nigdy nic.


Piękna, po prostu. 
Enjoy!