Jest źle, czyli dzień otwierania konfitur


Słoik stał na półce od czerwca. Ile ja się nasłuchałam, że to za długo, że będzie pleśń, że się zmarnują. Ale czekałam i tylko od czasu do czasu wyobrażałam sobie moment, kiedy ściągam ten słoik, podważam wieczko, a w środku . . .
W środku czekają najprawdziwsze konfitury. Smażone w czerwcu, kiedy truskawki są bezwstydnie tanie, pachnące i słodkie. Z odrobiną cukru, smażone wiele razy przez dwa dni, na samym początku lata.
Dzień otwierania konfitur przypadł na początek zeszłego tygodnia. Szarość już powoli stawała się nie do zniesienia, ponura wizja sesji urosła i napęczniała i nawet Święta już minęły. Wiedziałam, że trzeba sięgnąć po zestaw ratunkowy większego kalibru. Zaczekałam, aż pewnego Niedowiarka nie będzie w domu i dobrałam się do mojego skarbu.
No cóż, wyobraźcie sobie truskawki, przypomnijcie sobie ich zapach. Bo ja nie muszę, mam je zamknięte w lodówce. Pycha!

Zachęcam wszystkich, do gromadzenia smaków wtedy, kiedy są najintensywniejsze. Konfitura truskawkowa jest zdecydowanie najbardziej uniwersalna. Przyznać się, czy ktoś jej nie lubi???

Przygotowanie to smażenie, smażenie i smażenie. Ja swój słoik zrobiłam z prawie 2,5 kg świeżutkich truskawek. Dosypałam trochę cukru, trochę cukru żelującego (ale niewiele, maksymalnie 2 łyżki) i na małym ogniu kilka razy dziennie doprowadzałam do wrzenia i chłodziłam.

W garnku pozostał stuprocentowy koncentrat lata :)
Zwykle wystarczy chleb, tost, bułka, dobre masło i konfitura. Albo twarożek i konfitura. Dziś trochę deserowo, jogurt i konfitura. Dobra tak po prostu.
I już łatwiej czekać na kolejny czerwiec.
Enjoy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz