Pomiędzy sezonami - maliny


Bo niby to już jesień, ale za oknem lato, jakiego w lipcu nam brakowało. Bez gadania trzeba brać jak leci. Więc biorę z małego straganu pudełko malin, błyszczących, soczystych i nieziemsko pachnących i niosę szybko do domu, bo czasu, jak zwykle u mnie, trochę mało.
Dziś deser na "pomiędzy". Nie tylko między latem a jesienią, ale również między jednymi zajęciami a drugimi, między obiadem a kolacją. . . Dla mnie idealny. Kolorowy, zdrowy, szybki.
Oczywiście przyznaję się sama przed sobą, że mój dzisiejszy wybór nie jest zbyt odkrywczy. Ale szczyty popularności święci w czerwcu i lipcu, kiedy sezon na truskawki, maliny, jagody i wszystkie inne letnie owoce trwa w najlepsze. Koktajl na jesień?
A czemu nie? :)

Będziemy potrzebować:

szklankę malin
dwie szklanki jogurtu naturalnego
łyżkę cukru

Wszystko wrzucamy do blendera i miksujemy na gładką masę.
Szybkie, prawda? :)

A z tym cukrem to jest tak, że jeśli koktajlu zachce nam się w styczniu, to powodzeniem można wykorzystać mrożone owoce i wtedy należy dać go więcej.
Ja właśnie resztę opakowania malin wrzuciłam do zamrażalki. Będą moim zestawem ratunkowym na zimowy brak słońca i witamin. . .


Enjoy! :)

Kawowo-peelingowo


Kto powiedział, że w poniedziałek nie można się odprężyć? No kto, pytam się?
W przyrodzie wszystko musi się równoważyć, więc po pracowitym dniu bezwzględnie musi nastać leniwy wieczór. Mój dzień był baaardzo pracowity, więc wieczór będzie. . . ach, tylko i wyłącznie mój.
Na tę wielką okazję zrobiłam sobie peeling według niezawodnego przepisu, wyszperanego gdzieś w internecie. Jakoś nie mam zaufania do sklepowych specyfików naszprycowanych chemią, więc kiedy tylko mam ochotę na własne, domowe SPA, sięgam to, co aktualnie mam w kuchni. . .


Tak się składa, że ten przepis łączy w sobie wszystkie klimaty, które ostatnio intensywnie odkrywam. Kawę o poranku i sny o słonym, wzburzonym morzu, po którym żegluję w siną dal. Korzystając z ostatnich ciepłych weekendów zapisałam się na kurs żeglarski. Nowe wyzwanie na nowy rok akademicki! :)
Z przyjemnością dla wszystkich, potrzebujących poniedziałkowego wypoczynku podaję przepis na kawowy peeling do ciała.

Będziemy potrzebować:

4 łyżki soli kuchennej
2 łyżki kawy sypanej
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżka wody (i tylko tyle!)

Wszystkie składniki mieszamy i biegniemy do łazienki. Obowiązkowo zabieramy coś do czytania, świeczkę i wszystkie inne odprężacze. Peeling na długo pozostawia piękny i bardzo intensywny zapach na skórze i cudownie ją zmiękcza. Raczej nie polecam go na twarz (sól jest trochę za mocno trze, poza tym może dostać się do oczu) i ostrzegam, by nakładać tylko na skórę bez zadrapań, zaczerwień itd.







Do wszystkich, którzy na samą myśl o takim lenistwie w poniedziałek odczuwają wyrzuty sumienia mówię: taki wieczór zaprocentuje na resztę tygodnia! Zacznijcie go z pasją.
Enjoy! :)

Jesień już kisi!


Jak widać, ogórki kiszą się w najlepsze. Ciągną aromat z kopru, czosnku i innych dobroci, którymi je wczoraj uraczyłam. Myślę, że ta porcja zostanie radośnie skonsumowana w przyszłym tygodniu. Ponieważ robiłam je po raz pierwszy, trochę się obawiam o efekt. Próbę ogniową zaserwuje im z pewnością mój prywatny mężczyzna, który w ręcznych przetworach nie gustuje. Jeśli ogórki zje, znaczy SUKCES! :) Będę informować na bieżąco :)
Niestety, wbrew temu, co obiecałam, nie udało mi się dokisić większej ilości słoików. Lubię swoją pracę, więc nie będę marudzić, ale ma taką cechę, że nigdy nie wiadomo, jakie wyzwania dzień przyniesie. Dziś przyniósł chyba pełen plecak i furmankę! Między jedną pracą a drugą zdążyłam więc tylko obfotografować porządnie wczorajszy słój, zatem przepis na kiszone (lub małosolne) ogórki będzie ilustrowany :)



Będziemy potrzebować:

ogórki (tyle, ile zmieści się w słoikach)
koper (gałązki, można dostać w warzywniakach, w Krakowie na targu na ul. Lea i w Tesco :), co najmniej 3-4 gałązki na słoik)
czosnek (co najmniej 5 ząbków na słoik, można dać nawet całą główkę)
korzeń chrzanu (jeden na słoik, też dostępny w Tesco)
gorczycę (sypnąć hojnie do każdego słoika)
ziele angielskie (sypnąć trochę mniej niż gorczycy)
liść laurowy
sól (2 łyżki na litr wody)
słoiki (najlepsze są większe niż 1 litr) zakręcane
woda (tyle, ile zmieści się do słoika)

Słoiki wyparzamy, ogórki i koper myjemy, czosnek i chrzan obieramy, wodę z solą zagotowujemy. Na dół słoika kładziemy liście laurowe i kilka ząbków czosnku, sypiemy gorczycę i ziele angielskie. Pionowo układamy ogórki, ciasno, żeby dużo się zmieściło. Dodajemy kolejne ząbki czosnku i liście laurowe, upychamy koper i korzeń chrzanu. Wypełniamy ogórkami aż po samą zakrętkę. Zalewamy zagotowaną osoloną wodą. Jeśli chcemy zjeść je szybko, zostawiamy na tydzień (ewentualnie 5 dni) w chłodnym, ciemnym miejscu. Jeśli jesteśmy cierpliwi i czekamy na prawdziwe kiszone ogórki, wyparzamy zakrętki, szczelnie zakręcamy słoiki i odwracamy je do góry dnem, aż zassają wieczka. Je również odkładamy w ciemne, chłodne miejsce i spokojnie czekamy do zimy :) A zimą, kiedy witaminowy brak nas dopadnie, a w sklepach będą tylko ogórkowe zdechlaki, wyciągamy słoik z zamkniętym smakiem, zapachem i tym ciepłym dotykiem ostatniego dnia lata...
Jesień zaczęła się dziś o godzinie 11.05.
Enjoy!



To już jesienne słońce...

Przedsmak


Przed obiadem, między podwieczorkiem a kolacją, żeby zaostrzyć apetyt. Ogórek niejedno zastosowanie ma! Zwłaszcza ten kiszony. Dziś tylko przedsmak tego, co jutro, bo czasu coraz mniej (znak, że zbliża się październik), a i pora na zdjęcia taka nie bardzo. . . Wyskrobałam minutkę i jednocześnie gotując obiad, zakisiłam ogórki. Co prawda tylko jeden słój (za to porządny!), ale jutro z pewnością się poprawię :)
Przepis też podam jutro.
Dziś tylko zaostrzacz apetytu.
Enjoy! :)


Czy one nie są piękne? :)

Chleb dla leniwych


No, może nie tak do końca dla leniwych. Leniwi idą przecież do sklepu i kupują dowolny chlebek. Zwykle należę do tej grupy (zwłaszcza, że w ofercie krakowskich piekarni są całkiem niezłe wypieki), ale dziś postanowiłam upiec swój, prawdziwy, w 100% naturalny chleb. Przepis znalazłam na mojewypieki.blox.pl i wypróbowałam już jakiś czas temu. Do teraz zawiódł mnie tylko raz, kiedy akurat miałam gości :) Poza tym jednym incydentem, widzę same plusy: szybki, bez wyrabiania, na drożdżach (na zakwasie jeszcze nie próbowałam), tani i naprawdę przepyszny.
Proporcje poniżej są zmniejszone o połowę niż w oryginalnym przepisie, ale ilość ciasta wystarczy na jeden spory bochenek (taki pieczony w "keksówce").

Będziemy potrzebować:
0,5 kg mąki krupczatki
0,5 szklanki otrębów (pszennych, żytnich, owsianych - każde są pyszne)
3 dag świeżych drożdży
0,5 litra ciepłej wody
3 łyżki słonecznika łuskanego
3 łyżki siemienia lnianego
2 łyżki sezamu
1 łyżka pestek z dyni (łuskanych)
1,5 łyżeczki soli
2,5 łyżki cukru



Sposób przygotowania
Mąkę, nasiona, sól i cukier mieszamy w dużej misce. Z 0,5 litra ciepłej wody odlewamy pół szklanki i w niej rozpuszczamy drożdże. Resztę wody i rozpuszczone drożdże wlewamy do miski. Mieszamy. Ciasto powinno być luźne, ale nie za rzadkie. Przykrywamy miskę ręcznikiem kuchennym i zostawiamy do wyrośnięcia na 20 minut.
Po 20 minutach mieszamy ponownie (ale nie za bardzo) i przelewamy do foremki. Foremkę przykrywamy i znów zostawiamy do wyrośnięcia na 20 minut.
Tak wyrośnięte ciasto wkładamy do nagrzanego (225 stopni C) piekarnika na 45-50 minut.



Chleb wychodzi cudownie miękki w środku z chrupiącą skórką. Piekłam kilka godzin temu, a nadal pachnie we wszystkich pokojach! Szczególnie polecam jeszcze ciepły z masłem i odrobiną pesto, lub serkiem wiejskim i szczypiorkiem. Odlot! :)
Enjoy!



Gwizdanie jest fajne


Zwłaszcza to oznajmiające, że woda już zagotowana :) No tak, cóż, od dziś będziemy na lekkim gazie. Tym z kuchenki, rzecz jasna. Kiedy tylko zepsuł się nasz najnowszej generacji dzbanek elektryczny, istny pożeracz prądu, zarośnięty wewnątrz paskudnym kamieniem, z pełnym przekonaniem wykonaliśmy cywilizacyjny krok w tył i zaopatrzyliśmy się w to niebieskie, błyszczące cudo, słodko piszczące.
Kilka mądrych osób przekonywało mnie już do tego zakupu od dłuższego czasu. Ale ja, jak to każdy wygodny mieszczuch, byłam bardzo przywiązana do elektrycznego smoka, huczącego na całą kuchnię w trakcie pracy. Nieufnie patrzyłam na tych, którzy z własnej woli decydowali się załączać gaz za każdym razem, kiedy zachce im się herbaty. A teraz ja tak mam i wiecie co? Ja jeszcze tego nie wyczułam, ale podobno woda gotowana na ogniu smakuje inaczej niż ta z elektrycznej grzałki.
Wierzę! :)

W akcji!

I zdradzę Wam coś jeszcze. Już nie potrafię się doczekać późno-jesiennych i zimowych wieczorów, kiedy nasz dzbanek będzie gwizdał jeszcze częściej. . .

Ognie na pożegnanie lata


Są takie dni, kiedy wszystko jest nie tak. Zamiast chleba wychodzi zakalec, zamiast wakacji trzeba iść do pracy, zamiast siły dopada niechcica, zamiast uśmiechu nerwy... No i co tu zrobić?
W weekend uciekłam w góry. W wrześniowym ognisku spaliłam wiele miastowych złości i niepotrzebnych napięć. Terapię gwiaździstym niebem, ciepłym wiatrem i dymem z płonącego drewna polecam wszystkim nerwowym mieszczuchom.

Na pieczone kiełbaski nie daję przepisu. Ale polecam :)
Mój cudownie kojący wynalazek ma jeden zasadniczy minus. Powroty są dramatycznie ciężkie!

Rok zaczyna się we wrześniu


Dla mnie rok zaczyna się we wrześniu. Kończy się przecież lato, na które wszyscy będą czekać wiele miesięcy . . . We wrześniu nachodzi mnie ogromna chęć, by wszystko zorganizować na nowo. Poukładać, zaplanować, zaszufladkować i zaszafkować. Sprawić sobie samej wrażenie, że wszystkie sprawy trzymam w garści i kontroluję bezlitośnie. Po pełnym pasji, emocji i wolności lecie, nadchodzi czas bezpiecznego porządku.
Ogłaszam powrót kalendarza!
Wewnątrz terminarzy kryją się niezliczone listy, tabelki, bardzo ważne telefony i jeszcze ważniejsze nazwiska. To, co trzeba zrobić, co musi zostać przez nas wykonane. Dobrodziejstwo zapisania sobie pewnych rzeczy odkryłam już dawno temu. W 2004 roku dostałam w prezencie pusty notes z targów rękodzieła w Krakowie. Długo zastanawiałam się, jak go wykorzystać. W końcu wzięłam linijkę i stworzyłam kalendarz. Jedyny, niepowtarzany, w którym nie wszystkie linie są proste i nie wszystkie daty czytelne. Mój własny. Tworzenie kalendarzy tak mi się spodobało, że w każdym kolejnym wrześniu powstawał nowy, osobisty terminarz. Nigdy ich nie wyrzucałam i dziś mam już całkiem pokaźną kolekcję. Brakuje w niej jednego, dwuletniego, który po prostu rozsypał się od ciągłego otwierania i zamykania, i znów otwierania. . .

Dziś doszedł kolejny. Ze śmieszną, trochę straszną, jeszcze nie wiem czy ładną, ale z pewnością niepokojącą okładką. W nim rok rozpoczyna się w poniedziałek, 5 września i kończy gdzieś w dalekim lipcu (choć kolejne puste strony oznaczają, że ten koniec może się jeszcze przesunąć). Kalendarz ma w sobie zdjęcia, daty urodzin, w każdym tygodniu miejsce na notatki. Ma poręczną kieszonkę, którą już wkrótce wypełnią bardzo-ważne-papierki-których-nie-mogę-zgubić. Niech i tak będzie.



Obok tych wszystkich strasznie ważnych rzeczy, w moich kalendarzach mam ulubione zdjęcia, obrazki, cytaty, inspiracje i wszystko, co tylko chcę zachować na cały rok przy mnie.




Noworoczne układanie czas zacząć!
Enjoy!