Gwizdanie jest fajne


Zwłaszcza to oznajmiające, że woda już zagotowana :) No tak, cóż, od dziś będziemy na lekkim gazie. Tym z kuchenki, rzecz jasna. Kiedy tylko zepsuł się nasz najnowszej generacji dzbanek elektryczny, istny pożeracz prądu, zarośnięty wewnątrz paskudnym kamieniem, z pełnym przekonaniem wykonaliśmy cywilizacyjny krok w tył i zaopatrzyliśmy się w to niebieskie, błyszczące cudo, słodko piszczące.
Kilka mądrych osób przekonywało mnie już do tego zakupu od dłuższego czasu. Ale ja, jak to każdy wygodny mieszczuch, byłam bardzo przywiązana do elektrycznego smoka, huczącego na całą kuchnię w trakcie pracy. Nieufnie patrzyłam na tych, którzy z własnej woli decydowali się załączać gaz za każdym razem, kiedy zachce im się herbaty. A teraz ja tak mam i wiecie co? Ja jeszcze tego nie wyczułam, ale podobno woda gotowana na ogniu smakuje inaczej niż ta z elektrycznej grzałki.
Wierzę! :)

W akcji!

I zdradzę Wam coś jeszcze. Już nie potrafię się doczekać późno-jesiennych i zimowych wieczorów, kiedy nasz dzbanek będzie gwizdał jeszcze częściej. . .

1 komentarz:

  1. ja należę do tych mądrych osób :P w domu mamy dzbanek, co prawda trwa to dłużej,ale jest zdrowiej i smaczniej ;) slow food rlz :P!

    / gosia

    OdpowiedzUsuń