Jeśli reaktywować, to z charakterem :-) Powrót następuje tu nie tylko na bloga, ale też do Polski po kilku surrealistycznie pięknych dniach w Barcelonie. Listopad w Polsce w tym roku zaprezentował cały swój jesienny arsenał: zasłony z mgieł, duszący pył nad miastami, słońce gdzieś baaardzo daleko... Prawie mu się udało, prawie zatrzymał nas w swoich pazurach, kiedy na krakowskim lotnisku okazało się, że samolot jest skutecznie uwięziony we mgle. Na szczęście, udało się odlecieć i po kilku godzinach zjawiliśmy się po środku polskiej wiosny, czy późnego lata, czyli w hiszpańskim przededniu zimy.
Pierwszy wieczór, jeszcze w przeuroczej, tajemniczej Gironie, upłynął pod znakiem hiszpańskiej szynki. Zatłoczona knajpka przyciągnęła nas magnetycznym widokiem rzędów wieprzowych nóżek, wiszących na całej długości ściany, obok warkoczy czosnku. Oczywiście skusił nas też ogromny telewizor, w którym, jakże by inaczej, trwał właśnie zacięty mecz Dumy Katalonii. Dobre wino, cieniutka jak papier szynka, zręcznie odkrajana przez szefa kuchni wprost z jednej z zaprezentowanych wyżej nóg, bagietka, łagodny ser i pasta ze świeżych pomidorów. Czegóż chcieć więcej? Smaki Hiszpanii uderzyły nam do głowy.
Smakując Katalonię nie mogłam ominąć jednego z najwspanialszych targów w Europie - La Boqueria, przyczajonego w samym sercu miasta. Obawiam się, że nie potrafię opisać feerii smaków, zapachów i kolorów, które czekają na każdego przekraczającego barwną bramę targowiska.
Ale powroty wcale nie muszą boleć, prawda? Parzę więc herbatę, której niestraszne listopadowe mroki, podwijam rękawy i rzucam się w wir smaków i kolorów, by znów tworzyć, z radością skracając czas do wiosny. Bo w głowie wciąż kwitną pomarańcze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz