Koniec wakacji pachnie kawą


Skutecznie łagodzi skutki budzikowego podrażnienia. Pachnie, smakuje, wygląda. To codzienny rytuał, chwila przystanku, styl życia. Przywodzi na myśl pola rozgrzane tropikalnym słońcem. Rozpuszczalna z mlekiem, sypana czarna.
Nic nie może się równać aromatowi świeżo zmielonych ziaren kawy. Porwałam z domu ten młynek, a kawę z pewnej bardzo snobistycznej kawiarni dostałam w prezencie. Kubek to pamiątka z zeszłorocznych wakacji. . .

Wrzucam kilka ziaren do młynka, zamykam metalowe drzwiczki i mielę. Magicznym sposobem, szufladka napełnia się czarnym, cudownie pachnącym proszkiem.Nie lubię fusów pływających w napoju, więc korzystam z papierowych filtrów. Po kilku minutach mogę spokojnie obudzić się do życia.
To będzie dobry dzień!





Czasem przyprawiam kawę cynamonem. Dosypuję tego w proszku, lub wrzucam kawałek cynamonowej laski razem z ziarnami kawy do młynka. Kardamon, imbir, a nawet chili. Kakao również się sprawdzi. Eksperymentujcie!
Enjoy.


Na skróty


W taki upał nic, tylko skracać co się da!
Ja dziś skróciłam swoje i tak już krótkie szorty. Ale po kolei :)
Jakoś tak to już jest, że szorty z H&M (tanie, ładne, letnie) zazwyczaj trzeba podwijać we własnym zakresie. No i często bywa, że mimo zaprasowania, te mankiety się rozwijają. Znacie ten problem? Ja odkryłam go ostatnio po całym dniu jazdy na rowerze i rozpłaszczania tylnej części ciała na redakcyjnym fotelu (mankiet z tyłu przypominał jakiś bliżej nieokreślony zwinięty rulon).
A więc, korzystając z sobotniego poranka, rozwiązałam problem raz a dobrze.
I sama się sobie nie mogłam nadziwić, dlaczego dopiero teraz na to wpadłam!

Do tej prostej operacji zaopatrzyłam się w białą nitkę (trzeba dobrać do koloru szwów) i cienką igłę.


Szorty podwinęłam na taką długość, jaka mi odpowiadała i zaprasowałam (to ułatwiło szycie, bo nie musiałam pilnować, czy nic mi się nie podwija)


Każdą nogawkę przyszywałam w dwóch miejscach, na bocznych szwach. Dzięki takiemu umiejscowieniu, nasza interwencja będzie kompletnie niewidoczna! :)


No i wszystko się udało. W takie dni jak ten, krótsze szorty znaczy lepsze szorty :)
Powodzenia!

Na szybko


Na upał.
Na głód.
Na szybko.
Tak wyglądają w skrócie zalety dzisiejszej przekąski. A ponieważ po całym tygodniu (i 6 godzinach w pracy, dla mnie to dużo) musiałam coś zjeść EKSPRESOWO, przyrządziłam właśnie kanapki z łososiem.

Będziemy potrzebować:
dobre pieczywo z ziarnami
serek wiejski
odrobinę wędzonego łososia
zioła (bazylia, oregano)
sól, pieprz (opcjonalnie)


Świeże pieczywo kroimy. Można wykorzystać chleb, bułkę, pełna dowolność.


Serek wiejski odsączamy, żeby nadmiar płynu nie wsiąkł w chleb. Jedną lub dwie łyżki nakładamy na pieczywo. Kanapkę posypujemy ziołami, ewentualnie solą i pieprzem. Na samą górę kładziemy kawałki (najlepiej porozrywać palcami) łososia.


Nie wiem, jak Wam, ale kiedy w taki upał myślę o wodzie, to jakoś robi mi się lepiej. A łosoś to w końcu wodne zwierze jest, prawda? :)


Enjoy!

Zatrzymać słońce


Oj, rozczarował mnie ten zachód słońca, rozczarował. Najpierw piecze człowieka od samego rana jak kurczaka na wolnym ogniu, a potem, kiedy do zdjęć jakiś promyczek albo dwa by się przydał, to skąpi. Chciałoby się zatrzymać słońce na dłużej. Takie łagodne, ciepłe, sierpniowe (mam na myśli NORMALNY sierpień, a nie taki piekarnik jak w tym roku). Jest na to rada. Robimy bursztynówkę.

Będziemy potrzebować:

1 miarę wódki
1 miarę spirytusu
1 lub 2 opakowania pokruszonego bursztynu. W Krakowie można kupić w sklepach z bursztynami, których wszędzie pełno.

W szklanej butelce zalewamy bursztyn alkoholem i szczelnie zakręcamy. To przepis dla cierpliwych. Taka nalewka powinna zaczekać co najmniej miesiąc, zanim do alkoholu przedostaną się bursztynowe dobrodziejstwa.
Nalewka jest gotowa, kiedy zmieni kolor na delikatnie złotawy.

Oczywiście, jak każde własnoręcznie zrobione zapasy, można butelkę ciekawie przystroić. Na blogu Green Canoe przeczytałam kiedyś, że każdą rzecz pod słońcem, nawet najbardziej zwyczajną, można zrobić pięknie.
Zgadzam się z tym.
Więc skoro można, to czemu nie? :)



I na koniec do rozsądku słów kilka. :) Bursztynówka jest nalewką leczniczą i należy ją popijać jak lekarstwo, polecam dozowanie NA KROPLE. Pięć kropli na dzień wspomaga trawienie i wzmacnia organizm. Można również wlewać do herbaty w chłodne zimowe wieczory. Chyba nie muszę nadmieniać, że przepis jest tylko dla dorosłych :)

Enjoy!

Czasem wstążka wystarczy


Dziś nie będę odkrywcza. Upał nie odpuszcza, ruszam się jak mucha w smole lub (jak kto woli) w kisielu. Żeby zrównoważyć siłę żaru, potęgowanego przez krakowski beton, prezentuję dziś sesję chłodną, w kolorach wody.
Para szarych butów z Deichmanna leżała w szafie od zeszłej jesieni. Jakoś nie byłam do nich przekonana, bo w listopadowe popołudnia wydawały mi się zbyt ponure. Tegoroczny sezon porannych chłodów postanowiłam przywitać z drobną zmianą. W pasmanterii (czy widział ktoś piękniejszy sklep?) zakupiłam wstążkę, zwykłą tasiemkę w odcieniu zmrożonego śniegu (polskiego, bo lekko szarego).

Szybka zmiana et voila! Trzewiczki jak nowe, nieco bajkowe! :)
Zachęcam wszystkich, których znudziły własne buty.
Tasiemki w ruch!





Za to zdjęcie dziękuję Maćkowi.

Przedtem
Potem

Nie ma na to rady


No właśnie. To niesprawiedliwe, że w sierpniu godzę się pracować. To niesprawiedliwe, że kiedy wychodzę, to w wiecznym pośpiechu, a kiedy wracam, na jakiekolwiek zdjęcia jest już za późno. Wreszcie, to niesprawiedliwe, że pomysłów tyle, a czasu, ekhem, wiecznie brak.
Trudno. W mocno naciąganym międzyczasie udaje mi się podziergać nieco, dosłownie i w przenośni. Drucę sobie po prostu. Coś już się tworzy, coś wykluwa i myślę, że całkiem niedługo będę mogła zaprezentować gotową broń do walki z jesiennym chłodem... Choć może tego słowa na "j" nie powinnam używać? Już sama nie wiem.
Jest taka piosenka o staruszku, który spacerując w sierpniu po lesie znajduje zeschnięty liść, co go bardzo martwi. Dzieli się tą nowiną ze swoją żoną-staruszką i oboje rozpoczynają przygotowania do zimy... Ostatnia zwrotka piosenki brzmi mniej więcej tak:

"A był sierpień, pogoda prześliczna, wszystko w złocie stało i w zieleni,
prócz staruszków nikt chyba nie myślał o mającej nastąpić jesieni.
Ale cóż, oni żyli najdłużej i mieli swoje staruszkowe zasady,
i wiedzieli, że prędzej czy później jesień przyjdzie. Nie ma na to rady..."

I tę piosenkę dedykuję wszystkim, którzy też poczuli coś niepokojącego w tym wiejącym z południa wietrze.

Zrobione na szaro.


Jak nazwać kogoś, kto trudni się chowaniem? Nieustannie maskuje? Kryje?
Chowacz? Skrywacz? Może z angielska: hider?
Dziś demaskuję hidera doskonałego. Zamaskuje plastykową doniczkę, nieciekawą okładkę zeszytu, posłuży jako papier do pakowania, serwetka, bilecik. All in one. Szary papier.
Z jednej strony elegancko błyszczący, z drugiej przytulnie matowy.


Wykorzystałam go całkiem niedawno do błyskawicznego stworzenia ozdoby na stół i jestem bardzo zadowolona z efektu. Choć roślinka, którą owijałam kojarzy się z miesiącem już niekoniecznie wakacyjnym, całość ożyła w promieniach popołudniowego, późno-letniego słońca.

Do wykonania potrzebne będą:

szary papier (rolka lub arkusz)
włóczka lub mulina lub sznurek lub rafia (właściwie to wszystko, co tylko przyjdzie Wam do głowy)


I nie muszę chyba mówić, że z tych materiałów można stworzyć naprawdę wiele. Ja często pakuję w ten sposób prezenty, wtykając za kokardkę kolorowy kwiatek, gałązkę choinki, klamerkę i co tylko mam pod ręką. Dziś był to kawałek koronki i paczuszka wygląda właśnie tak.



Niech żyje sierpień!
Enjoy!

Jaśnie Pan Grejpfrut




Uroczyście ogłaszam powrót króla!
Moje odkrycie ostatniego miesiąca, choć wciąż nie mogę się nadziwić, że jest jaki jest :)
Drogą lodówkowej eliminacji powstała, hm... sałatka? Deser? Z soczystym, sierpniowo słonecznym panem grejpfrutem w roli głównej.

Potrzebne będzie:
połówka grejpfruta (różowy, biały, wszystko jedno!)
mały kubeczek jogurtu naturalnego
2-3 łyżki płatków owsianych błyskawicznych (lub otrębów)








Mój zestaw prezentował się smakowicie zanim zaczęłam cokolwiek przyrządzać :)






ssssypiemy!

"...palce, palce,
ziarna, ziarna,
serce białe, dusza czarna..."

tak śpiewała sobie kiedyś Wolna Grupa Bukowina...
Czytałam ostatnio, że gdyby człowiek musiał zredukować swoje menu do jednego produktu, mógłby spokojnie żyć na samym owsie.
(na marginesie: w roku akademickim stanowczo zapostuluję samej sobie powrót owsianki!)


Zalewamy jogurtem i dodajemy cząstki grejpfruta. Kolejność oczywiście dowolna, proporcje umowne, a wszelkie modyfikacje (rodzynki? odrobina cynamonu?) jak najbardziej pożądane. Przepis nie brzmi poważnie i nie tak należy go traktować :) Plusy? Wyłącznie! Tani, szybki, zdrowy, pyszny, lekki, sycący.
No cóż... Smacznego!
Ja już swój deserek zjadłam...

enjoy!